Imię i nazwisko: Kamila J. Gruss
Dziedzina: fotografia kreatywna
Kontakt: kamilajgruss.com
Kamila J. Gruss urodziła się w Słupsku, gdzie mieszka i tworzy. Jest absolwentką Uniwersytetu Szczecińskiego, gdzie w latach 2001–2007 studiowała germanistykę. Następnie kontynuowała edukację na Freie Universität w Berlinie (2003–2012), uzyskując tytuły magistra z Nowej Literatury Niemieckiej, Literatury Hiszpańskiej oraz Literatury Ogólnej i Porównawczej.
Fotografii nauczyła się samodzielnie, jednak szybko zdobyła uznanie na arenie międzynarodowej. Jest laureatką wielu konkursów fotograficznych, a jej prace prezentowano m.in. na Sony World Photography Awards w Somerset House w Londynie (2018, 2021) oraz w Centrum Sztuki Współczesnej w Toruniu (2024, 2025).
W swojej twórczości podejmuje tematy związane z prawem kobiet do samostanowienia oraz emocjonalnym doświadczeniem ciała i tożsamości. Jej fotografie opowiadają o samotności, depresji, gniewie, strachu i miłości, tworząc intymną, poetycką opowieść o relacji między ciałem, snem i rzeczywistością.
Naszym dzisiejszym gościem jest Kamila J. Gruss — fotografka konceptualna i samorodny talent, który rozbłysnął na fotograficznej scenie, zdobywając Poland National Award w prestiżowym konkursie Sony World Photography Awards 2021.
Co wtedy się wydarzyło? Czy poza euforią zwycięstwa pojawiło się także poczucie pewności — pewnego rodzaju usankcjonowanie tego, że naprawdę potrafisz fotografować? A może to właśnie potrzeba takiego sprawdzenia się sprawiła, że zdecydowałaś się wysłać swoje zdjęcie na ten konkurs?
To nie było moje pierwsze wyróżnienie w tym konkursie. Dwa lata wcześniej znalazłam się na shortliście w kategorii Enhanced za zdjecie pt. Krasny Ludek — a fotografowałam wtedy od niedawna. Więc czy wygrana jest potwierdzeniem, że naprawdę potrafię?
WIem, że robię dobre zdjęcia. Ale zdaję sobie sprawę, iż rozwój nie jest linią prostą. To nie wyścig lecz proces długodystansowy . Czasem przyspieszasz, czasem zwalniasz, zdarza się, że wracasz do punktu wyjścia by zobaczyć go inaczej. Ta niepewność nie jest słabością — jest przestrzenią, w której rodzi się dalszy etap drogi.
Wygrana w konkursie jest zewnętrznym sygnałem, że ścieżka, którą wybrałam, ma sens. Ale kompas pozostaje wewnątrz. I to jemu staram się ufać najbardziej.
Przejrzałam komentarze pod informacjami o Twoim wyróżnieniu. Oczywiście — jak to często bywa — obok gratulacji i słów uznania pojawiła się też fala krytyki. To chyba pierwszy raz, kiedy musiałaś zmierzyć się z hejtem na taką skalę.
Jak to przyjęłaś? Co wtedy w Tobie dominowało — dystans, złość, a może motywacja, żeby jeszcze mocniej stąpać swoją drogą?
To było trudne, bo zupełnie nie spodziewałam się wygranej. Co więcej — to zdjęcie nie było moim osobistym faworytem. Myślę, że dlatego hejt dotknął mnie mocniej. Trafił w moją własną niepewność. Przez chwilę miałam poczucie, że może ci krytycy mają rację.
Dopiero z czasem zrozumiałam, że to doświadczenie nie dotyczyło tylko opinii w internecie, ale mojego osobistego stosunku do pracy. Artysta nie zawsze jest najlepszym sędzią własnych obrazów — często widzimy przede wszystkim to, czego nam brakuje.
Ta sytuacja nauczyła mnie czegoś bardzo ważnego: nie budować poczucia wartości ani na zachwycie, ani na krytyce. Oczywiście, że cieszy mnie uznanie osób, które podziwiam — to dla mnie ważny dialog. Ale mam też fotografie, które nie zdobyły szerokiego rozgłosu, a które w moim odczuciu są przełomowe. Fundamentem musi być moje własne przekonanie o sensie pracy.
Fotografowanie jest dla Ciebie źródłem radości, jak mówisz. Ale w tle jest choroba. Czy fotografowanie jest dla Ciebie formą autoterapii?
Było w moim życiu doświadczenie graniczne, po którym musiałam na nowo nauczyć się funkcjonować. Poskładać się z kawałków, które przestały do siebie pasować.
Nie wiem, czy fotografia spełniła rolę terapii w dosłownym sensie. Ale na pewno jest — i była — językiem, którym mogłam opowiadać o tym, czego nie potrafiłam nawet pomieścić w myślach, a co dopiero ubrać w słowa.
Czasem obraz pozwala przeżyć bez konieczności tłumaczenia tego światu, a nawet bez potrzeby natychmiastowego zrozumienia tego przez samą siebie.
Czytałam pamiętniki Beksińskiego i wciąż nie mogę zrozumieć, jak to możliwe, że człowiek z drobiazgowo rozpisanym planem dnia — ktoś, kto mierzy się z prozą codziennych spraw jak każdy z nas — wchodzi do pracowni i między godziną X a Y tworzy coś tak niepokojącego, czasem przerażającego. A potem o zaplanowanej godzinie po prostu odkłada pędzel i przechodzi do kolejnego punktu dnia.
Mam wrażenie, że w Twoim przypadku to napięcie między codziennością a twórczością też jest bardzo wyraźne. Jak godzisz zwykłe, przyziemne obowiązki z pasją, która wymaga ogromnej uważności i emocjonalnej intensywności? Gdybyś tworzyła sielskie pejzaże albo rodzinne kadry, łatwiej byłoby wyobrazić sobie ten balans. Ale Twoje prace wymagają namysłu, skupienia, precyzyjnego planu i zanurzenia się w głębokich emocjach. Jak wygląda Twoje przechodzenie z jednego świata do drugiego? Jak Ty to robisz?
Nie mam poczucia wyraźnej granicy między codziennością a twórczością. To nie są dwa oddzielne światy. Jest jedna rzeczywistość, która czasem się zagęszcza.
Emocje są obecne stale — zmienia się tylko ich intensywność. Kiedy osiągają pewien poziom, pojawia się potrzeba nadania im formy.
Tworzenie nie jest więc ucieczką od życia, ale momentem koncentracji tego, co i tak we mnie pracuje.
Jesteś feministką? Przypomniałam sobie wywiad, którego udzieliłaś Andrzejowi Grudniowi, wspominałaś o prezentacji w Gdańsku, podczas której salę opuściła grupa osób, gdy zaczęłaś mówić o wolności i prawach kobiet do samostanowienia. Jak sądzisz, dlaczego ludzie nie chcą o tym słuchać? Brak świadomości, głęboko zakorzenione patriarchalne stereotypy czy przesyt tematem, bo narracja medialna jest u nas jednostronna, konfrontacyjna, nastawiona na manipulację?
Jeśli feminizm oznacza prawo do samostanowienia, to tak — jest mi to bliskie.
Nie rozumiem potrzeby decydowania za innych, jak mają żyć i jakie wybory podejmować. Zwłaszcza w sprawach, które niosą ze sobą ogromną, często bardzo samotną odpowiedzialność.
Łatwo jest formułować zakazy i opinie. Znacznie trudniej mierzyć się z konsekwencjami tych decyzji. A ostatecznie to kobieta zostaje z nimi sama.
Dla mnie to nie jest temat ideologii. To kwestia wolności i odpowiedzialności.
Opowiesz, jak powstał cykl „Cnoty niewieście”?
„Cnoty niewieście” powstały w bardzo konkretnym momencie — kiedy w Polsce pojawiła się próba wprowadzenia całkowitego zakazu aborcji. Pamiętam, że towarzyszył mi wtedy silny lęk. Nie polityczny, ale egzystencjalny. Poczucie, że ktoś próbuje decydować o przyszłym życiu i ciele mojej córki oraz innych kobiet w tym kraju. Ten cykl był próbą oswojenia strachu. Nadania mu formy, ale również i sprzeciwu.
Flagową pracą jest „Chocholi taniec”. Nawiązuję w niej do „Wesela” Wyspiańskiego — do obrazu społeczeństwa pogrążonego w letargu, w powtarzalnym rytuale, z którego trudno się wyrwać.
Interesowało mnie pytanie: czy naprawdę jesteśmy tak bezradni wobec mechanizmów, które ograniczają wolność? Czy może sami w tym tańcu uczestniczymy?
Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że odpowiedzi na oba pytania są twierdzące.
Podczas rozmowy z Andrzejem Grudniem stwierdziłaś, że dla Ciebie jako literaturoznawcy słowo jest równie ważne jak obraz. To podejście jest mi bardzo bliskie — też jestem filologiem i wiem, jak istotny bywa kontekst, żeby naprawdę zrozumieć i poczuć dzieło. Twoje opisy pod zdjęciami są dla mnie nieocenioną pomocą — dzięki nim odbiór Twojej fotografii staje się pełniejszy i głębszy. Zwłaszcza że nie interesują Cię błahe tematy.
Czy opowiesz nam o genezie powstania cyklu „The Beginning of You”?
Rzeczywiście jako literaturoznawca nie potrafię myśleć obrazem w oderwaniu od słowa. Jednak nie jest dla mnie podpisem ani wyjaśnieniem fotografii a kontekstem, czasem kluczem, który otwiera dodatkową warstwę znaczeń. Interesują mnie tematy, które wymagają namysłu, natomiast język pozwala ten namysł pogłębić.
„The Beginning of You” jest dobrym przykładem tej relacji między obrazem a słowem. To projekt o narodzinach moich dzieci — o drodze od małej, niemal abstrakcyjnej formy do momentu wyjścia na świat.
Powstał w czasie remontu domu, w którym się wychowałam. Kiedy pracownicy skuli płytki i odsłonili pod nimi różową warstwę, coś we mnie rozkwitło. Nagle zobaczyłam nie tylko przestrzeń, ale pamięć. Wróciły obrazy mojego własnego dzieciństwa.
Ten projekt stał się spotkaniem dwóch początków — mojego i moich dzieci. Jakby różne warstwy czasu nałożyły się na siebie w tym jednym pomieszczeniu.
Przez rok pracowałam wyłącznie z obiektywem typu rybie oko. Ta deformacja, zaokrąglenie perspektywy, zamknięcie w niemal embrionalnym kadrze stały się dla mnie naturalnym językiem opowiadania o początku. Obiektyw działał trochę jak wizjer — pozwalał zajrzeć bardzo blisko, niemal podglądać to, co zwykle pozostaje ukryte. Tworzył poczucie intymnej, zamkniętej przestrzeni, jakby wszystko działo się tuż pod powierzchnią.
„The Beginning of You” było zwieńczeniem wcześniejszych poszukiwań. Cieszę się, że ten cykl powstał, bo łączy pamięć miejsca, moje własne dorastanie i narodziny moich dzieci — w jednym, bardzo osobistym obrazie początku.
Przy okazji zapraszam na Twój profil na FB, który jest niekończącym źródłem inspiracji, a każdy post jest mini felietonem.
Bardzo dziękuję.😊
Twoja przygoda z fotografią zaczęła się dość prozaicznie — od dokumentowania dzieciństwa Twoich latorośli. Jednak już te pierwsze zdjęcia nie były typowe, jak na standardy większości fotografów rodzinnych. Skąd od samego początku wzięło się u Ciebie zainteresowanie fotografią konceptualną? Co sprawiło, że patrzyłaś na codzienne sceny w tak nietypowy, przemyślany sposób?
Noszę w sobie dużo mroku. Moje dzieciństwo, kiedy do niego wracam, jest szare, czasem brudne, jakby przyprószone pyłem codzienności. Nie było w nim baśniowej bieli ani różowych kucyków pony.
A jednak wyobraźnia potrafiła zmieniać proporcje świata. Śnieg nigdy później nie błyszczał w blasku ulicznych lamp tak jak wtedy. Smakołyki robione przez mamę nigdy później nie pachniały tak intensywnie. Cienie były głębsze, noc bardziej gęsta, a światło miało w sobie obietnicę czegoś więcej niż tylko poranka.
Może właśnie dlatego dziś w obrazach szukam nie tyle piękna, co napięcia między mrokiem a prześwitem. To w tej szczelinie rodzi się opowieść.
Kiedy zaczęłam fotografować dzieciństwo moich dzieci, myślałam, że chcę po prostu zatrzymać ich świat — miękki, zaczarowany, pełen możliwości. Z czasem zrozumiałam, że szukam w tych kadrach również siebie.
Fotografia stała się dla mnie przestrzenią powrotu. Nie po to, by uciec w przeszłość, ale by przeżyć ją jeszcze raz — tym razem dobrze. I może dlatego naturalnie weszłam w stronę konceptualną. Nie interesuje mnie wyłącznie to, co na powierzchni, ale to, co pod nią drapie, gryzie i domaga się uwagi.
Skąd czerpiesz inspiracje?
Historia sztuki była dla mnie naturalnym punktem odniesienia od samego początku. Kiedy ktoś mnie poruszy, wpadam w rodzaj zachwytu, który graniczy z obsesją. Czytam, oglądam, wracam do tych samych obrazów. Staram się zrozumieć nie tylko to, co widzę, ale sposób budowania świata w kadrze — decyzje, napięcia, konstrukcję.
Nie chodzi o kopiowanie. Raczej o to, by pozwolić temu spojrzeniu na chwilę we mnie zamieszkać i zobaczyć, co z niego zostanie.
Tak było z twórczością Andrzeja Wróblewskiego. Zaczęło się od fascynacji cyklem „Rozstrzelania”. Te obrazy długo we mnie pracowały. Dopiero po czasie zauważyłam, że w mojej fotografii „Akt z pieprzykiem” układ postaci intuicyjnie przypomina kompozycję jego „Ukrzesłowionych”.
Takie odkrycia są dla mnie ważne. Uświadamiają, jak intensywne przeżycie sztuki potrafi przekształcić się w coś własnego — nie jako cytat, lecz jako przetworzoną strukturę obrazu.
Kiedy prowadzę mentoring fotograficzny, często pokazuję takie zależności. Rozmawiamy nie tylko o technice, ale o decyzjach wizualnych, o konsekwencji, o budowaniu języka. O tym, że fotografia nie istnieje w próżni — jest częścią większej rozmowy z historią i innymi twórcami.
Zdarza się, że ktoś przychodzi do mnie z gotowym portfolio i potrzebą uporządkowania kierunku czy też pomocą w selekcji zdjęć pod ważny dla niego konkurs. Czasem wystarczy jedno spotkanie i precyzyjna analiza. Innym razem to proces rozłożony na miesiące, w którym powoli wyłania się spójny język wizualny.
Techniki można nauczyć się stosunkowo szybko. Świadomość obrazu buduje się latami. W takich rozmowach odnajduję coś bardzo swojego.
Mimo iż od zawsze u źródła Twoich prac leżał przemyślany kontekst, jednak wyraźnie widać w Twojej twórczości ciągły progres, wydaje mi się, że coraz bardziej odchodzisz od estetyki w kierunku emocji. Dojrzewasz?
Tak, rozwijam się. Ale ten rozwój wbrew pozorom nie polega wyłącznie na fotografowaniu emocji ani na odchodzeniu od estetyki.
Wiele zależy od tego, dla kogo tworzę i jaki jest cel danej pracy. W projektach autorskich mogę pozwolić sobie na pełną autonomię — budować wielowarstwową narrację, konstruować znaczenia, zostawiać niedopowiedzenia. Tam koncept jest osią obrazu.
Praca z projektantką, taką jak Nika Danielska, to już dialog. Fotografia ma wydobyć i podkreślić jej dzieło. Estetyka staje się wtedy precyzyjnym narzędziem — światło, kompozycja, faktura muszą służyć czyjejś wizji. Oczywiście przemycam swój język, ale priorytetem jest praca drugiej artystki. To wymaga uważności i pokory.
Podobnie jest w mojej współpracy z mistrzem fryzjerstwa, Piotrem Rybarczykiem. Wiem, że fryzura jest elementem przewodnim obrazu i to ona musi wybrzmieć najmocniej. A jednak staram się budować kadry tak, by „wilk był syty i owca cała” — by obraz nie był wyłącznie dokumentacją artystycznego rzemiosła. Chcę, żeby estetyka nie wykluczała emocji, lecz je wzmacniała. Forma i uczucie mogą współtworzyć obraz koncepcyjny, nawet jeśli punktem wyjścia jest konkretne dzieło drugiej osoby.
Z kolei praca na zamówienie z osobą prywatną to jeszcze inny rodzaj odpowiedzialności. Nawet jeśli słyszę: „Zrób, co chcesz”, pojawia się napięcie. To ogromny gest zaufania, ale też ciężar. Tworzę w relacji. Szukam równowagi między własnym językiem a czyjąś wrażliwością.
W jednej z ostatnich sesji modelka oddała mi pełną wolność. Powstały portrety mniej rozbudowane konceptualnie niż moje autorskie cykle, ale nadal bardzo kreatywne i mocne. Skupiłam się na napięciu, na geście, na relacji. Dziś jestem naprawdę dumna z tego, co wyszło, i wdzięczna jej za to zaufanie.
Może właśnie to jest mój rozwój — nie odchodzenie od estetyki, lecz poszerzanie języka. Umiejętność tworzenia zarówno z własnego impulsu, jak i w dialogu. Łączenie formy z emocją bez rezygnowania z żadnej z nich.
Czy na dobre pożegnałaś się z Photoshopem?
Nie wiem, czy na dobre pożegnałam się z Photoshopem, ale na pewno bardzo ograniczyłam jego rolę. Odkąd sztuczna inteligencja weszła do powszechnego użycia, jeszcze bardziej doceniam fotografię „dobrą z puszki” — obraz, który broni się sam.
Od ponad trzech lat używam Photoshopa właściwie tylko technicznie: do konwersji pliku, delikatnego kontrastu, wydobycia detalu czy subtelnego retuszu. To moje świadome „obrażenie się” na manipulację paradoksalnie wyzwoliło we mnie ogromną kreatywność. Zaczęłam myśleć intensywniej już w momencie tworzenia — zanim nacisnę spust migawki.
Ale z czasem zrozumiałam też coś innego. Ograniczenie potrafi być impulsem twórczym. Jednak gdy staje się dogmatem, przestaje chronić integralność i zaczyna blokować rozwój.
Dlatego chcę zdjąć z siebie ten wewnętrzny gorset. Coraz bardziej ciągnie mnie w stronę kolażu. Nie wiem jeszcze, w jakiej formie — nie mam drukarki ani cierpliwości do wycinanek — ale wiem jedno: nie chcę tworzyć z pozycji lęku przed ingerencją.
Czy ostatni zrealizowany projekt jest Ci najbliższy?
Jeśli miałabym wskazać projekt, który jest mi dziś najbliższy, byłby to „Borrowed Gestures” („Gesty zapożyczone”), który rozpoczął się osiem lat temu po doświadczeniu granicznym związanym z ciałem. Jego konsekwencją była utrata pamięci i zachwianie poczucia wewnętrznej spójności. Fotografia stała się wtedy sposobem pracy nad tym stanem — próbą odzyskiwania tożsamości.
To nie jest dokument ani pełna inscenizacja. To spotkanie. Obraz powstaje w momencie rozpoznania.
Prace są inscenizowane w tym sensie, że tworzę przestrzeń: światło, sytuację, kontekst. Nie reżyseruję jednak samego gestu. Osoba, która stoi przed obiektywem, porusza się własnym rytmem.
Pracuję tak, jakbym wpuszczała kogoś do swojego domu. Przygotowuję przestrzeń, ale nie kontroluję, jak ktoś się w niej zachowa. Obserwuję. I czasem w ruchu drugiej osoby pojawia się gest, który rozpoznaję jako bliski — jakby był kiedyś mój, ale został zapomniany.
Integralną częścią projektu jest instalacja „Stan oporu” — tzw. „Las rąk”. Odnosi się do doświadczenia depresji, która pojawiła się po chorobie. To stan, w którym ciało przestaje być oparciem i zaczyna ciążyć. Najprostsze czynności wymagają ogromnego wysiłku, a własna fizyczność staje się obca.
Projekt wciąż trwa. Nie jest zamkniętą serią, lecz procesem — nieustannym poszukiwaniem formy, która pozwala mi odnajdywać siebie w relacji z innymi.
Ostatnio, rozmawiając z Jackiem Boneckim, pytałam go, jak według niego kierunkowe studia artystyczne wpływają na rozwój kariery. Wymienił wiele argumentów: możliwość obcowania z mistrzami, dostęp do profesjonalnego sprzętu, a także kreatywną atmosferę, która daje inspirację i motywację do działania.
Jesteś samoukiem — w jaki sposób rozwijałaś swój warsztat fotograficzny i jak długo trwała ta droga?
Pytam o to z myślą o osobach, którym nie udało się dostać na uczelnię artystyczną i które z tego powodu zaczynają wątpić w swoje twórcze plany. Co powiedziałabyś tym, którzy stoją dziś na rozdrożu? Jakie wskazówki mogłabyś im przekazać z perspektywy własnego doświadczenia?
Kilka lat temu zdawałam do ITF w Opawie i nie dostałam się. Pamiętam to uczucie bardzo wyraźnie. Kiedy zamyka się przed nami jedna brama, łatwo uwierzyć, że to koniec drogi. Że ktoś właśnie zdecydował, kim jesteśmy.
Dziś wiem, że nikt nie ma takiej władzy.
Studia artystyczne mogą być piękną przestrzenią spotkań, rozmów, konfrontacji. Ale twórczość nie zaczyna się ani nie kończy w murach uczelni. Zaczyna się w decyzji, że mimo wszystko będę dalej szukać.
Nie dostałam się wtedy. Ale nie przestałam pracować. Czytałam, oglądałam, uczyłam się historii sztuki, konfrontowałam swoje prace z krytyką. Dziś studiuję w Instytucie Sztuki Polskiej Akademii Nauk — w innym momencie, z inną świadomością. I wiem, że tamta odmowa nie była ścianą, tylko zakrętem.
Osobom stojącym na rozdrożu powiedziałabym: droga twórcza rzadko jest prosta. Czasem trzeba obejść zamknięte drzwi i dojść dłuższą trasą. Ale jeśli naprawdę chcecie tworzyć, najważniejsze jest to, czy potraficie zostać przy swojej pracy — nawet wtedy, gdy świat mówi „nie”.
Bo ostatecznie nie chodzi o to, kto nas przyjął. Chodzi o to, czy my sami nie zrezygnowaliśmy z siebie.
Cały wywiad z Jackiem można znaleźć na naszej stronie.
I ostatnie pytanie, które tradycyjnie kieruję do naszych gości: Dlaczego EIZO?
Bo w mojej pracy obraz jest decyzją. A decyzje wymagają zaufania do narzędzia. Jeśli przez lata uczę się świadomie budować napięcie, relacje tonalne, subtelne przejścia między światłem a cieniem, nie mogę pozwolić sobie na przypadek w momencie edycji.
Dla mnie monitor nie jest tylko sprzętem. To przedłużenie oka. Miejsce, w którym sprawdzam, czy to, co zobaczyłam i zbudowałam w kadrze, rzeczywiście istnieje w obrazie.
Pracując nad projektami, które operują delikatnymi różnicami w strukturze i świetle, potrzebuję stabilności, powtarzalności i pewności koloru. To daje mi spokój. A spokój w pracy twórczej jest bezcenny.
Bardzo Ci dziękuję za poświęcony czas, jak zwykle jesteś inspiracją, nie tylko dla fotografów.
Rozmawiała Karolina Trojanowska
